Nowy prezes Lucasfilmu: duże oczekiwania, ograniczone możliwości

    Odchodząca po czternastu latach z Lucasfilmu prezes Kathleen Kennedy wskazała, a zarząd Disneya powołał, nowe kierownictwo studia: Dave'a Filoniego na prezesa i Lynwen Brennan na współprezesa. Brennan, dotychczasowa dyrektor generalna, odpowiadać ma za sprawy korporacyjne. Ocena jej pracy przez większość odbiorców nie będzie więc możliwa. Inaczej jest z Filonim, który pracował jeszcze z Georgem Lucasem i odpowiadać ma za kierunek kreatywny, a także jest bezpośrednim współtwórcą trzech największych projektów, zapowiedzianych na najbliższy czas. Pozwala to odpowiedzieć na pytanie: czy w 2025 roku jest jeszcze miejsce na Gwiezdne Wojny?



    Kinowe franczyzy to wspomnienie poprzedniej dekady. Nie będzie drugiego "Przebudzenia Mocy". Zadaniem Filoniego nie jest stworzenie fenomenu, a odzyskanie widowni, która była lojalna marce i rozchodziła się z każdym kolejnym słabym serialem. Pomóc ocenić, ile osób jest gotowych pójść do kina na Star Wars ma "The Mandalorian i Grogu", pierwszy od sześciu lat film z serii, którego Dave Filoni jest współscenarzystą. Pomysł jest prosty: wrócić do archetypu postaci Mandalorianina, z pominięciem zawiłych wątków kolejnych sezonów serialu. Mandalorianin znowu jest łowcą nagród, ma statek i uzbrojenie z początków pierwszego sezonu, a u swojego boku Grogu, Baby Yodę, najbardziej rozpoznawalną maskotkę z nowych Gwiezdnych Wojen. Film premierę ma mieć w maju. Disney przesunął na grudzień nowych Avengers, żeby Gwiezdne Wojny nie musiały konkurować o widownię z Marvelem. Wielkiego hitu nikt się nie spodziewa, ale nie można wykluczać większego niż obecnie entuzjazmu, kiedy faktycznie zacznie się kampania marketingowa. "The Mandalorian" oglądać można bez znajomości pozostałych filmów, a Grogu przyciąga wciąż uwagę dzieci. "Han Solo" w 2018 roku zarobił niecałe 400 mln, nie zwróciły się więc koszty kręcenia go dwukrotnie. "The Mandalorian i Grogu" raczej więcej nie zarobi - ale mimo to nie może być porażką - bo kosztował połowę mniej. Na maj nie są planowane żadne inne duże premiery. Wychodzi na to, że Lucasfilm dowiezie mały sukces.


    Za rok do kin trafi "Starfighter" o którym wiemy niewiele, poza tym, że są w nim statki kosmiczne i miecze świetlne i duże nazwiska w obsadzie, w tym Ryan Gosling. Jest to samodzielna historia, rozgrywająca się po Epizodzie IX. Lucasfilm wierzy, że przyciągnie odbiorców, którzy mniej więcej wiedzą, czym są Gwiezdne Wojny i nie mają co do nich konkretnych oczekiwań. To dobry kierunek, skoro że od lat marka jest w zastoju. Filoni ze "Starfighter" nie ma wiele wspólnego, jest to za to ostatni, siódmy film z serii produkcji Kathleen Kennedy. Potencjalny sukces lub porażka spadnie na nią, a nie nowe kierownictwo.
    Kennedy odchodząc potwierdziła, że zostawia gotowe scenariusze do filmów m.in. o polowaniu na Bena Solo, młodym Lando Calrissianie, początkach zakonu Jedi czy projektu Taiki Waititiego. Nie udało się jej znaleźć dla nich finansowania w Disneyu i jak sama zaznacza, teraz to nie jest już jej zadanie. W swoim ostatnim wywiadzie podkreśliła, że priorytetem dla Filoniego i Brennan jest nowa trylogia, do której scenariusz pisze obecnie Simon Kinberg. Wcześniej był on współscenarzystą "Rebeliantów" i zatrudniono go jako konsultanta na wczesnym etapie prac nad sequelami To bezpieczny, ale nie cyniczny wybór. Kinberg raz już pomógł odnaleźć na nowo ducha Gwiezdnych Wojen i może zrobić to ponownie.



    Seriale w produkcji są obecnie dwa, jeden animowany, jeden aktorski. "Maul: Shadow Lord" premierę będzie miał w kwietniu, a ostatnio wyszedł jego pierwszy zwiastun. To mroczna opowieść o byłym Sithu, budującym swoje przestępcze imperium z młodą uczennicą u boku. Z pomyłsem lata temu wyszedł sam George Lucas, a Lucasfilm przypomniał o nim w zaskakującym zakończeniu "Hana Solo", gdzie Maul ujawnia się jako rozgrywający półświatka w Galaktyce. To pierwszy serial animowany Star Wars, który skierowany jest nie do dzieci, a do fanów, którzy na tą historię czekali od wiosny 2018 roku, a więc którzy mają dziś co najmniej dwadzieścia parę lat. 
    Filoni jest zarówno twórcą "Shadow Lord", jak i scenarzystą drugiego sezonu "Ahsoki", która kontynuuje historię eksploracji innej galaktyki przez Ahoskę i Sabine, rozpoczętą, co ciekawe, dwa miesiące przed powrotem Maula. W materiałach pokazanych na Star Wars Celebration 2025 w Tokio widać, że produkcja, mimo mniejszego budżetu niż pierwszy sezon, emanuje rozmiarem: zobaczymy decydujące starcie między Wielkim Admirałem Thrawnem i Nową Republiką. Jak twierdzi Disney, według Tony'ego Gilorya, "streaming jest już martwy". "Ahsoka" może być ostatnią produkacją z aktorami, którą zobaczymy na małym ekranie. Jest też klamrą dla historii tytułowej postaci, którą Filoni z Lucasem rozpoczęli osiemnaście lat temu w "Wojnach Klonów", a którą kontynuowano następnie w "Rebeliantach".



    Każdy, kto jest fanem Star Wars od wielu lat, może poczuć się o kilka młodszy. Gwiezdne Wojny wychodzą z fazy, która zaczeła się po Epizodzie IX i z początkiem dekady, zalewania nas czymkolwiek. Na kilkanaście miesięcy wracają do tego, co działało wcześniej. Czeka nas kilka chwil radości i domknięcie otwarych wątków. Ciężko sięgać wyobraźnią dalej, bo nawet Disney nie wie jeszcze, kto jest gotowy zostać z Gwiezdnymi Wojnami, a od tego zależy, jakiego typu historie i za ja jakie pieniędze dalej będzie tworzyć Lucasfilm. Nowy prezes Dave Filoni Gwieznde Wojny na pewno zna, bo pracował nad nimi przez wiele lat. Być może będzie bardziej zachowawczo niż eksperymantalnie, ale może właśnie to jest obecnie potrzebne. Kilka konkretów, zamiast wielu zapowiedzi, które niemal nigdy się są realizowane.